Parafia św. Wawrzyńca w Regulicach

Świadectwa

 

Abp Marek Jędraszewski o Kardynale Franciszku Macharskim, 2 sierpnia 2017 r.

Abp Marek Jędraszewski przewodniczył w katedrze na Wawelu Mszy św. w intencji zmarłego przed rokiem śp. kard. Franciszka Macharskiego. „Był wielkim pasterzem Kościoła krakowskiego” – podkreślał metropolita. Przy krypcie obok konfesji św. Stanisława, gdzie pochowany jest kard. Franciszek Macharski, płoną znicze, układane są wiązanki kwiatów.

Po Mszy św. abp Marek Jędraszewski podzielił się z dziennikarzami osobistym wspomnieniem o kard. Macharskim. „W odpowiedzi na zawiadomienie o mojej sakrze i prośbę o modlitwę przysłał mi małą książeczkę z poematem kard. Karola Wojtyły „Stanisław”, jako wyraz swojej bliskości, a jednocześnie jako wskazówkę, jak być pasterzem. To zostało we mnie” – opowiadał metropolita krakowski. „Któż mógłby przypuszczać, że dwadzieścia lat później będę tutaj, w rocznicę jego śmierci, sprawował Mszę św. o spokój jego duszy” – mówił. Hierarcha przypomniał także atmosferę ubiegłorocznych Światowych Dni Młodzieży, kiedy to „mieliśmy świadomość tego, że on już odchodzi, że to są jego ostatnie dni, a do pamięci o nim wzywał wtedy polskich biskupów wprost, tu w tej katedrze, papież Franciszek”. Pytany, na czym polegała wielkość zmarłego rok temu kardynała, abp Jędraszewski stwierdził, że wyróżniał się on jako ktoś, „kto w sprawach zasadniczych był bardzo jednoznaczny”. „Słowo, które kierował do wiernych, było jednoznacznym wzywaniem do Boga pełnego miłosierdzia. Jego dewiza biskupia wskazuje na szczególny rys jego bliskości wobec Boga, a na pewno odpowiadał na potrzeby wielu osób, bo wszyscy potrzebujemy Bożego miłosierdzia. Myślę, że w tym znajdowali coś, co ich łączyło i zbliżało do siebie” – podsumował.

W katedrze na Wawelu zgromadzili się kapłani, mieszkańcy miasta, współpracownicy i przyjaciele kard. Franciszka Macharskiego, m. in. prof. Andrzej Zoll czy prezes Hospicjum św. Łazarza Jolanta Stokłosa. „Kard. Franciszek Macharski był naszym ojcem. Dbał i troszczył się o naszych chorych w Hospicjum św. Łazarza, jak i o całą ideę hospicyjną. Był zaangażowany w budowę domu, który nazywał ‘naszym domem’. Czuliśmy z nim bliską więź” – wspominała. Wśród celebrujących Mszę św. w intencji kard. Macharskiego był ks. prof. Jacek Urban, historyk Kościoła, który podkreślał, że zmarły rok temu arcybiskup krakowski był jak św. Franciszek – prosty i ubogi. „Zadowalał się tym, co miał, i był człowiekiem niezwykle ufnym. Ufał Bogu. To, co zawarł w swoim zawołaniu biskupim ‘Jezu, ufam Tobie’, to jest absolutnie Franciszek. To jest cały on” – stwierdził kapłan. „Ciągle z głową w niebie, ale bardzo konkretny, jeśli chodzi o sprawy drugiego człowieka” – dodał, porównując kard. Macharskiego do witraża, na którym często pokazuje się u góry niebo, a na dole ziemię. „On umiał łączyć te dwie rzeczywistości. Był „witrażowy”, a więc pokazywał te dwie rzeczywistości równocześnie. Nie ma takiego drugiego Franciszka. Jeden był i bardzo się cieszymy, że byliśmy przy nim” – podsumował ks. Urban.

Franciszek Macharski urodził się 20 maja 1927 roku w Krakowie. Święcenia kapłańskie przyjął 2 kwietnia 1950 roku z rąk kard. Adama Stefana Sapiehy. Studiował też teologię we Fryburgu w Szwajcarii.

29 grudnia 1978 r. został mianowany biskupem, dzień później – arcybiskupem metropolitą krakowskim. Sakrę biskupią przyjął 6 stycznia 1979 roku z rąk papieża Jana Pawła II. Uroczysty ingres do katedry wawelskiej odbył się 28 stycznia 1979 r. 30 czerwca 1979 roku został kreowany kardynałem.

W latach 1979-1994 kard. Franciszek Macharski był wiceprzewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski. Pełnił funkcje przewodniczącego Komisji ds. Nauki Katolickiej i Komisji ds. Apostolstwa Świeckich. Należał do watykańskich kongregacji: ds. Biskupów, ds. Duchowieństwa, ds. Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego oraz ds. Wychowania Katolickiego.

Na emeryturę przeszedł w 2005 roku. Od tego czasu mieszkał na terenie sanktuarium Ecce Homo św. Brata Alberta w Krakowie.

Kardynał Franciszek zmarł 2 sierpnia 2016 r., spoczął w krypcie katedry wawelskiej.

 

 

 

Wywiad z abp. Henrykiem Hoserem 13.06.2017

 

Janusz Schwertner: Zwątpił ksiądz kiedyś?

 

Abp Henryk Hoser: W co?

 

W Pana Boga.

 

W Pana Boga? Nigdy! Chyba zostałem obdarzony specjalną łaską, która nie pozwoliła mi zwątpić na żadnym etapie mojego życia. Nawet wtedy, gdy nie byłem zbyt gorliwym katolikiem.

 

Myślałem, że ksiądz był zawsze nadgorliwy.

 

Nie zawsze. (śmiech) W młodości byłem katolikiem przeciętnym. Zawsze chodziłem do kościoła, w podstawówce byłem nawet ministrantem, ale w szkole średniej katechezę trochę zaniedbałem. Zajęcia odbywały się w parafii oddalonej od mojego domu o 4 kilometry i ta odległość skutecznie zniechęcała do pieszych wycieczek. Rolę katechety przejęła moja matka. Podsuwała mi książki, podręczniki i wszystkie rzeczy warte przeczytania. Potem sam zacząłem sięgać po "Tygodnik Powszechny" – „Poczta Ojca Malachiasza”. Wrażliwość religijna ciągle się we mnie rozwijała.

 

Bał się ksiądz powołania?

 

Bałem się. Myśl, żeby pójść drogą kapłańską, pojawiła się, gdy kończyłem studia medyczne. Należałem do grupy raczej zdolnych studentów, miałem dobre wyniki i stypendium naukowe. Powinienem myśleć już o wyborze specjalizacji. Równocześnie pracowałem w zakładzie anatomii, uzyskałem również etat asystenta. Długo myślałem, że zostanę lekarzem. Ale myśl o kapłaństwie stawała się coraz silniejsza.

 

Chciał ją ksiądz z siebie wyrzucić?

 

Starałem się. Nie byłem pewny swojego powołania. Czy na pewno chcę rezygnować z tego, co mam? Ze wszystkich planów, z kariery? Przez jakiś czas wydawało mi się to kompletnym absurdem. Później ta pozornie absurdalna myśl wracała z taką intensywnością, że nie mogłem się od niej opędzić. Zacząłem codziennie czytać fragment Ewangelii. Byłem tym olśniony.

 

Nie było myśli: "po co mi to wszystko"?

 

Nie. Raczej bałem się, że najpierw się zdecyduję, a później szybko zmienię zdanie i rozczaruję wiele osób. Dlatego dałem sobie czas, by być prawdziwie przekonanym.

 

A co z pokusami?

 

Trzeba sobie z nimi poradzić. W pewnym momencie zdać sobie sprawę, że musimy zrezygnować z rodziny, żony, dzieci. Bo to, co odkrywamy, staje się ważniejsze od tego, co pozostawiamy za sobą.

 

Byłem zakochany. I z pełną świadomością się tego wyrzekłem

 

Był ksiądz kiedykolwiek zakochany w kobiecie?

 

Tak, byłem.

 

I jak sobie ksiądz z tym poradził?

 

Zespół zakochania jest przejściowy i nietrwały. Coś jak burza majowa. Przychodzi i przemija. Ja odpowiednio wcześnie zdałem sobie sprawę, że życie rodzinne to projekt dożywotni. I z pełną świadomością się tego wyrzekłem.

 

Z łatwością to przyszło?

 

Czy ja wiem, czy z łatwością? Na pewno postąpiłem w zgodzie z samym sobą, a to najważniejsze. Ja ciągle miałem do siebie wiele pytań. Czy to jest moja droga? Czy to jest prawdziwe powołanie? Sam sobie musiałem odpowiadać i utwierdzać się w swoim przekonaniu. Inaczej bym nie dał rady. W końcu trafiłem do nowicjatu, ale powiem szczerze: gdyby nie powołanie, to nawet dwóch tygodni bym tam nie wytrzymał.

 

O tej kobiecie mógł ksiądz ciągle pamiętać.

 

Nie, to już mi minęło wtedy. Zacząłem nowy rozdział. Ale wie pan, że o to samo pytam młodych kleryków, których dopuszczam do święceń? Większość przyznaje, że przeżyła zakochanie. Wyjątków jest niewiele.

 

Młodemu mężczyźnie, który idzie drogą kapłańską, łatwo jest pojąć sens celibatu?

 

Celibat jest tak trudny, jak wierność w małżeństwie. Po miesiącach miodowych przychodzi proza życia, w czasie której nagle dostrzega się radykalną różność drugiej strony. I ta wierność w związku małżeńskim wcale nie jest łatwiejsza niż celibat. Mówiłem już panu, że utwierdzanie się w powołaniu to ciągłe stawianie sobie pytań i poszukiwanie odpowiedzi. Ja postawiłem na sprzymierzenie między mną a Panem Bogiem, z którym mam codzienny życiowy kontakt. To Bóg mnie obdarza, podsyła i daje mi misję do wykonania. To ważniejsze niż wszystko.

 

Ze swoimi dylematami ksiądz zawsze był sam?

 

Raczej tak. Jestem introwertykiem, więc dobrze mi w samotności. Tacy jak ja odpoczywają wtedy, gdy są sami. Duszą towarzystwa nigdy nie byłem.

 

Mocno to utrudnia życie?

 

Zależy jak patrzeć. Być może ma negatywny wpływ na moje relacje z mediami? Tego nie wykluczam. Nie lubię i nie umiem się eksponować. Nie potrafię "kupować" sympatii opinii publicznej. Z drugiej strony bycie introwertykiem skłania do refleksji.

 

Ale samotność mało komu służy.

 

Ale ja nigdy nie czułem się samotny! Wręcz przeciwnie, moje życie kapłańskie zawsze przeżywałem w nieprawdopodobnej wspólnocie. Zaraz po święceniach, wraz z pozostałymi księżmi, zostaliśmy wysłani do Paryża na naukę języka, a później w grupie siedmiu osób udaliśmy się do Afryki.

 

Rwanda. Zmagam się z tym oszczerstwem od lat

 

W którym roku ksiądz wyjechał do Rwandy?

 

W 1975. Miałem 33 lata.

 

Nie spanikowaliście zaraz po przyjeździe?

 

Nie, od razu włączyliśmy się w nurt, który tam płynął. Z pełną świadomością, że nie jesteśmy magikami i że z dnia na dzień nie zmienimy sytuacji. Wiele czasu poświęciliśmy na poznanie kultury, historii, języka. Ja dodatkowo odbyłem sześciomiesięczny szpitalny staż medyczny. Nie robiliśmy nerwowych ruchów, działaliśmy zgodnie z planem. Na tyle skutecznie, że z Rwandy wyjechałem dopiero po dwóch dekadach.

 

Czego się ksiądz nauczył o ludziach w tym czasie?

 

Choćby tego, że natura ludzka jest jedna, a różni nas tylko kultura i psychologia. Rwandyjczycy, w przeciwieństwie do innych narodów afrykańskich, mają w sobie dużo rezerwy. Okazywanie silnych uczuć jest dla nich oznaką niedojrzałości i braku umiejętności zapanowania nad sobą. Mężczyznom w Rwandzie nie pozwala się płakać. Mają zachowywać kamienną twarz w każdej sytuacji. Poza tym tam inaczej postrzega się relację między prawdą a kłamstwem. Dla Rwandyjczyków kłamstwo to swego rodzaju barwy ochronne, które mają chronić człowieka przed zagrożeniem. A prawda - to nagość, przeznaczona tylko dla intymnej sfery życia. By stawić czoła zagrożeniu, należy okryć się pozorami.

 

Spędził ksiądz tam prawie dwadzieścia lat.

 

Największym darem mojego życia było samo powołanie, ale te dwie dekady spędzone w Rwandzie też odbieram jako stan wielkiej radości i szczęścia. Wiele udało się zdziałać. Z trzech placówek pallotyńskich, które mieliśmy, doszliśmy do jedenastu. Założyliśmy etapy powołań, prowadziliśmy cykle filozofii i teologii. W końcu ta nasza misja przekształciła się w prowincję rwandyjską, która dziś ma 60 członków, głównie Rwandyjczyków i Kongijczyków. Cały też czas poświęciłem również na praktykę lekarską, jako dyrektor Centrum Medyczno-Socjalnego, które założyłem. To naprawdę wielka radość.

 

W 1994 roku w Rwandzie doszło do ludobójstwa. Co się tam działo wcześniej?

 

My mieszkaliśmy w Rwandzie od 1975 roku, więc ja doskonale pamiętam czas pokoju. Przyjechaliśmy dwa lata po zamachu stanu, który postawił tamę zaczątkom porachunków etnicznych. Dzięki temu przez dwie dekady - mimo dużej biedy - w Rwandzie było spokojnie. Hutu i Tutsi zaczęli się coraz bardziej ze sobą mieszać, dochodziło do coraz większej liczby małżeństw, które łączyły oba plemiona. Gdyby udało się nie dopuścić do walk, to problem nienawiści etnicznej mógłby definitywnie się zakończyć. Niestety, już w 1990 roku doszło do wojny domowej. A cztery lata później rozgorzało piekło - w ciągu trzech miesięcy zginęło ponad milion osób, głównie Tutsi. Nienawiść zwyciężyła.

 

Modlitwa za Jasienicę

 

O bierną postawę w trakcie ludobójstwa oskarżano Kościół. A księdzu najwięksi krytycy zarzucają wręcz czynny udział w tych wydarzeniach.

 

Zmagam się z tym oszczerstwem od lat. Czasem zastanawiam się, jak mogę z tym walczyć. Te oskarżenia kwalifikują się do zarzutów prokuratorskich, ale czy ja powinienem wszczynać procesy sądowe? To nie mój styl. Nie chcę prowadzić apologii. Mogę jedynie podawać suche fakty.

 

Na przykład?

 

Gdy w Rwandzie doszło do ludobójstwa, to mnie tam nie było. Wyjechałem niespełna rok wcześniej, w sierpniu 1993 roku. W miejscowości Arusha w Tanzanii trwały wówczas rozmowy pokojowe, które miały doprowadzić do stworzenia swoistego rządu koalicyjnego. Panowała nieśmiała atmosfera nadziei, że uda się powstrzymać wojnę domową. Stało się inaczej. Gdy w kwietniu 1994 roku rozpoczęła się masakra, ja przebywałem w Europie. Tłumaczę to od lat, ale wciąż słyszę te same absurdalne oskarżenia.

 

Kiedy ksiądz wrócił do Rwandy?

 

Miesiąc po ludobójstwie. Pełniłem funkcję emisariusza wiozącego listy do prezydenta Rwandy. Z ministrami nowego rządu tworzyliśmy plany sprowadzenia mieszkańców, którzy uciekli z kraju, z powrotem do ich domów. Panowała totalna pustka administracyjna, całe obszary były wyludnione. Spędziłem w Rwandzie kolejne półtora roku, przez nikogo ni niepokojony. Wróciłem do Rwandy we wrześniu ubiegłego roku, gdzie wygłosiłem dwa publiczne referaty, jeździłem po całym kraju bez żadnych przeszkód i jakichkolwiek zarzutów.

 

Jak wyglądał kraj tuż po masakrze?

 

Wokół była jedna wielka pustka. Przerażająca. Na każdym kroku walały się ludzkie szczątki. Nie jest łatwo to opisać słowami.

 

5 sierpnia 1994 roku dotarłem do miejscowości Ruhango leżącej na południu Rwandy. W kaplicy Sióstr Pallotynek odprawiłem mszę świętą. Pamiętałem, że dokładnie 50 lat wcześniej - tylko że w Warszawie, w trakcie rzezi na Woli - zginął mój ojciec i dziadek. Obaj walczyli w powstaniu i w pierwszych dniach zostali rozstrzelani przez Niemców. Ta msza połączyła opatrznie pamięć o tych dwóch tragicznych wydarzeniach.

 

Po dramacie ludobójstwa Rwanda odwróciła się od Boga?

 

Wręcz przeciwnie. Na gruzach tego okrucieństwa tworzyło się dobro. Wzrosła liczba powołań, a kościoły nie mogły pomieścić wszystkich wiernych. Zaczęły powstawać nowe. Głód duchowy był ogromny, ludzie szukali wewnętrznej wolności, ciągnęło ich do wymiarów ponadczasowych. To było niezwykłe.

 

Był ksiądz świadkiem skutków II wojny światowej i ludobójstwa w Rwandzie - i naprawdę nigdy nie zwątpił?

 

Jeśli wątpiłem, to zawsze w człowieka, a nie w Boga. To nie Bóg zabił mojego ojca, to Niemcy go rozstrzelali. Bóg zostawia ludziom wolność i tej wolności nigdy nie nadużywa. Szanuje ją do tego stopnia, że człowiek może się od Boga nawet odwrócić. Może go nienawidzić, lżyć, profanować. Bóg nie interweniuje, choć na samym końcu każdy z nas ponosi konsekwencje swoich postaw.

 

Zarzuty o udziale w ludobójstwie znosi ksiądz ze spokojem?

 

Radzę sobie z tym. I współczuję ludziom, którzy dają się podłożyć do takich akcji. Nie tylko uderzają we mnie, ale też starają się dowieść czegoś, co stoi w sprzeczności z faktami. Mógłbym w końcu zacząć się bronić, tylko po co?

 

Kiedyś powiedział ksiądz wręcz, że na ataki reaguje z umiarkowaną radością. Trudno to zrozumieć.

 

Po prostu wierzę, że każdy kontrast wydobywa również stronę przeciwną. Każde kłamstwo zakłada, że równocześnie istnieje jakaś prawda, która może się ujawnić. Może to, co mnie spotyka, to jedynie prowokacje prowadzące do ujawnienia prawdy? Jezus Chrystus radził, by nadstawiać drugi policzek. Pytał: czemu mnie bijesz, skoro powiedziałem prawdę? Wiele oskarżeń pomijał milczeniem. Dla mnie to jest model zachowania.

 

Nie sądzę, by wszyscy hierarchowie kościelni mieli dziś ochotę stosować się do tej rady.

 

Ale do tego namawia Jezus. On był od początku do końca oskarżony fałszywie. Ogłosił się Królem, ale tłumaczył, że jego Królestwo nie jest z tego świata. Za to zwolennikiem relatywności prawdy był Piłat. On pytał, cóż to jest prawda? I dzisiaj jest podobnie. Żyjemy w świecie, w którym każdy ma swoją prawdę.

 

Modlę się za księdza Lemańskiego

 

Gdzie jest prawda w sporze księdza arcybiskupa z ks. Wojciechem Lemańskim?

 

Między nami nie ma subiektywnego konfliktu. Ksiądz Lemański otrzymał listę zarzutów, które zostały mu postawione i które nie odnoszą się do mojej osoby, lecz do sytuacji duszpasterskiej i nauczania Kościoła. Musi wziąć je pod uwagę i wyciągnąć wnioski. Jeśli uzna ich zasadność, to droga do zdjęcia suspensy jest otwarta.

 

Jakimi uczuciami ksiądz darzy ks. Lemańskiego?

 

Modlę się za niego. To człowiek, który w dużej mierze padł ofiarą mediów. Miał wokół siebie całą zorganizowaną klakę i uwierzył w siebie. Zbyt mocno.

 

Liczy ksiądz na to, że dojdziecie do porozumienia jeszcze w tym roku?

 

Chciałbym, ale wszystko zależy od niego. Dopóki nie spełni warunków wymaganych kanonicznie, to ja suspensy zdjąć nie mogę.

 

Jakie ksiądz ma plany na przyszłość?

 

To Bóg planuje za mnie. Ja sam od wielu lat jestem w sytuacji św. Piotra: jak się zestarzejesz, to cię przepaszą i poprowadzą tam, gdzie nie chcesz. I tak mnie prowadzą.

 

Jest ksiądz bardzo szczęśliwym człowiekiem?

 

Czy bardzo? Bardzo to nie. Ale będę, jeśli znajdę się w niebie.

 

Rozmyśla ksiądz o śmierci?

 

Czasem. Mam świadomość krótkiej perspektywy, która mi została. Dla mnie to trochę problem, bo zawsze lubiłem pracować w perspektywie dłuższej. Dziś już to niemożliwe. Czas drastycznie mi się kończy. Według obliczeń lekarskich, w wieku 75 lat możemy liczyć statystycznie już tylko na dziesięć kolejnych.

 

Nie sprawia ksiądz wrażenia spanikowanego.

 

A czego mam się bać? Spokojnie przygotowuję się do śmierci. Wierzę w Boga dobrego, miłosiernego i sprawiedliwego. Całe życie żyję dla Niego. To mi wystarcza.

 

Ma ksiądz poczucie, że przez wielu jest oceniany pochopnie?

 

Już się tym nie zajmuję. Nie śledzę wpisów na mój temat, bo to nie ma sensu. Nawet gdybym chciał z tym walczyć, to nie dam rady. Już nie czas.

 

Ale czy oceniano księdza zbyt szybko?

 

Niech sam pan odpowie.

 

 

 

 

W swoim cierpieniu schował świat … Kardynał Franciszek Macharski

 

20 maja  br.  90-ta rocznica urodzin Kardynała Franciszka

 

Magdalena Dobrzyniak (KAI): Jak wyglądało pierwsze spotkanie Siostry z kard. Macharskim?

 

S. Dolorosa Kilnar: - Po raz pierwszy spotkałam się z Eminencją jeszcze jako dziecko. Byłyśmy kiedyś z mamą w Łagiewnikach i wtedy po raz pierwszy zobaczyłam go na własne oczy. Byłam przejęta jego posturą, tymi grubymi okularami. Myślałam: „Taki młody ten Kardynał, a takie grube ma te okulary”. W pamięci zostało mi jego ogromne skupienie na Mszy św. i choć tego nie rozumiałam, byłam bardzo poruszona widząc jego łzy w czasie przeistoczenia. Potem, gdy wstąpiłam do Zgromadzenia Sióstr Albertynek Posługujących Ubogim, widywałam go już bardzo często, bo często u nas bywał.

 

W naszym Zgromadzeniu jest ogromny szacunek dla Kościoła, również tego hierarchicznego, więc gdy on do nas przychodził, chłonęłyśmy każde jego słowo. Porywała nas jego oryginalność i skromność. Nigdy nie szedł środkiem kościoła, nie korzystał z klęcznika, tylko zawsze gdzieś tam z boku sobie klękał w ławce. Uderzała jego niezwykła pokora. A potem, w refektarzu, nigdy nie siadał na wysokim krześle, tylko na takim małym taboreciku przy nas, by z nami porozmawiać. Z każdą z nas się witał, zaglądał w naczynia, żeby zobaczyć, co mamy do jedzenia, był taki swojski. Czuł się u nas jak u siebie, jak w domu. Kochałyśmy go bardzo i byłyśmy pod jego wielkim wrażeniem, bo był z jednej strony wielki duchem, a z drugiej - bardzo bliski.

 

KAI: A jak to się stało, że Siostra towarzyszyła Księdzu Kardynałowi w ostatnich latach jego życia? Jak do tego doszło?

 

– Pracowałam u nas w Domu Opieki dla chorych. Kardynał złamał wtedy sobie miednicę i potrzebował opieki pielęgniarskiej. Matka generalna poprosiła mnie o to, a ja się zgodziłam. Nie miałam cienia wątpliwości, to było dla mnie oczywiste, choć wtedy nie wiedziałam jeszcze, co za tym pójdzie.

 

KAI: Nie porażało Siostry poczucie odpowiedzialności?

 

– Nigdy nie pracowałam przy hierarchach, więc trema była. Ale Kardynał przyjął mnie z ogromną miłością i ciepłem. Był wtedy bardzo chory, wyglądał na zmęczonego i osłabionego, ale przyjął mnie z niezwykłą serdecznością. Oczywiście bacznie mi się przyglądał, obserwował wszystkie czynności pielęgniarskie, ale z drugiej strony czułam, że darzy mnie wielkim zaufaniem. Nigdy nie było tak, że mnie kontrolował i nie miał ku temu powodów, bo wiedział o wszystkim. Nie musiał się zastanawiać nad kolejnymi zabiegami, lekarstwami, bo mówiłam mu o wszystkim, co było do załatwienia na bieżąco, o telefonach, sprawach, gościach. Tak, jak się mówi o wszystkim w domu.

 

KAI: Ta codzienność była zrutynizowana, w tym sensie, że był określony plan dnia, czy też raczej każdy dzień przynosił niespodzianki?

 

– Kardynał był człowiekiem bardzo uporządkowanym. Zawsze u niego podziwiałam to, że mimo emerytury nie tracił czasu. Wstawał wcześnie rano. Kiedy jeździliśmy do Łagiewnik na Mszę św. o 7.15, on był na nogach już o 4 rano. Modlił się i dopiero potem jechaliśmy na Mszę. Jego czas był ściśle wypełniony. To była praca, modlitwa - bardzo dużo się modlił - lektura, przyjmowanie gości. Był zawsze czymś zajęty. Czasem mu mówiłam: „Eminencjo, po cóż ten zegarek, przecież na emeryturze Ksiądz Kardynał jest!”. Śmiał się z tego. Z drugiej strony, nawet gdy, pojawił się niezapowiedziany gość, zawsze znalazł czas na spotkanie i rozmowę. Przede wszystkim jednak Ksiądz Kardynał się modlił. Każdą wolną chwilę wypełniał modlitwą.

 

KAI: Ludzie nie dawali mu spokoju? Tych odwiedzin u Kardynała było przecież sporo?

 

– Z jednej strony tak, ale z drugiej - wiele osób miało świadomość, że Ksiądz Kardynał choruje i potrzebuje spokoju. Z szacunku do niego nie przemęczali go. Wielu ludziom wystarczyło to, że go widzą na uroczystościach. Spraw, z którymi się do niego zwracano, było mnóstwo. Przychodziły stosy listów, nie byliśmy w stanie na wszystkie odpowiedzieć, ale dla mnie bardzo wzruszające było to, że bardzo uważnie wszystkie je czytał. A następnie brał je na kolana, błogosławił i mówił: „Będziemy się modlić”. Potem kładł je za Mszał i w tych intencjach odprawiał Mszę św. Wszyscy nadawcy listów do Ks. Kardynała byli przez niego omodleni. Szczególnie był wrażliwy na ludzkie tragedie, choroby i nieszczęścia, zwłaszcza te związane z dziećmi. Te listy czytał ze szczególnym pietyzmem. Chorym zawsze odpisywaliśmy.

 

KAI: To czysta konsekwencja całej jego postawy, bo przecież jako pasterz Kościoła Krakowskiego w centrum postawił chorych, niepełnosprawnych i ubogich. Pozostał im wierny również po przejściu na emeryturę...

 

– Dla niego nie było nic ważniejszego niż drugi człowiek. Nawet gdy był bardzo zajęty, a ktoś zadzwonił ze swoją sprawą, natychmiast stawał się najważniejszy. Wiele o nim mówi fakt, że gdy usłyszał gdzieś sygnał karetki pogotowia, policji czy straży, zatrzymywał się, błogosławił i dopiero wtedy szedł dalej. To było niesamowite. Na takie rzeczy reagował niemal instynktownie. Gdy ktoś zachorował i to do niego docierało, zawsze pamiętał, dopytywał po kilka razy, modlił się. Był blisko.

 

Gdy z okna Chatki patrzył na nasze chore siostry, zawsze im błogosławił i pewnie wiele z nich do dziś o tym nie wie, że zostały przez niego pobłogosławione. Nawet jak sam już był słaby, gdy leżał w szpitalu, te wszystkie intencje szeptałam mu do ucha, bo wiedziałam, że to dla niego ważne i bliskie jego sercu. Nawet w godzinie jego odchodzenia.

 

KAI: Kardynał był człowiekiem głębokiej modlitwy, niektórzy mówią: mistyk. A jednak to jego zanurzenie w Panu Bogu nie stępiało w nim wrażliwości na to, co się dzieje, na codzienność i ludzi wokół. Jak on to robił?

 

– Nie mam żadnej wątpliwości, że był mistykiem. Widziałam to codziennie. Nawet gdy był bardzo chory. Pamiętam, kiedyś przyjechał do niego biskup Jan Zając. Odprawili Mszę św. Kardynał widział, że „Jasinek” - bo tak zwracał się do Biskupa Jana - siedzi obok, ale po tej Mszy św. nie podjął rozmowy, lecz cały czas się modlił. Jak stwierdził potem Ks. Biskup Jan: „jakbym Faustynę słyszał”. Jego modlitwa cała była zanurzeniem w Bożym Miłosierdziu. Na jakimś wyższym poziomie. Podobnie z modlitwą brewiarzową. Proponowałyśmy mu nieraz wspólne odmówienie brewiarza, ale on modlił się po swojemu... Nam to zajmowało 10-15 minut, a jemu czasem półtorej godziny do Mszy św. nie wystarczało, by jutrznię odmówić. Gdy tylko zaczynał modlitwę… już go nie było. Wchodził jakby w inną rzeczywistość. Sam stawał się modlitwą. To bardzo harmonizowało z jego codziennym sposobem bycia.

 

Był bardzo wrażliwy na ludzkie nieszczęście. Gdy kiedyś zachorował jego kierowca i trafił do szpitala, natychmiast, pomimo późnej pory, pojechał go odwiedzić. Był człowiekiem o ogromnej kulturze. Nawet, gdy miał komuś zwrócić uwagę, robił to z wielkim wyczuciem i szacunkiem dla tej osoby.

 

KAI: Pewnie tym, co was łączyło, był franciszkański duch Kardynała?

 

– Niesamowity! On dla nas, żyjących przecież na co dzień tym charyzmatem, był przykładem miłości do św. Franciszka z Asyżu. Lubił się otaczać wizerunkami Biedaczyny. Pełno miał tych obrazków, zwłaszcza tego zapłakanego Franciszka. Zresztą, widok Księdza Kardynała w czasie Mszy św. nasuwał mi skojarzenia właśnie z płaczącym św. Franciszkiem.

 

KAI: A w czym ten jego franciszkanizm się jeszcze przejawiał?

 

– Przede wszystkim w ogromnej prostocie i wolności od posiadania. Nie miał nic... Miał jednak łatwość pozbywania się różnych rzeczy. Nie miał sentymentu do zbierania pamiątek. Wszystko oddawał. To jego ubóstwo było uderzające. Tak jak Biedaczyna kochał otaczający go świat, widząc we wszystkich stworzeniach twórczą dłoń Boga. Zachwycał się nie tylko pięknem przyrody jako takiej, ale każdym kwiatkiem. Dostrzegał różne szczegóły, które go zdumiewały i dawały mu wiele radości. Te spotkania z przyrodą były też dla niego okazją do modlitwy.

 

KAI: Z tym wiąże się też jego umiłowanie Kalwarii, wędrówek po dróżkach, kontemplowania tajemnicy krzyża i modlitwy do Matki Bożej.

 

– Tak, bardzo kochał Kalwarię. O Matce Bożej Kalwaryjskiej mówił, że jest „nasza”. Kochał Ją taką dziecięcą miłością i miał do Niej ufne i pełne prostoty nabożeństwo. Do Kalwarii zawsze chętnie jeździł. Czuł się tam jak w domu. W ostatnich latach często tam przybywał wraz ze swym przyjacielem Ks. Kard. Marianem Jaworskim, dla którego Kalwaria jest równie ważna i bliska. Nabożeństwo dróżkowe przekazał mu w duchowym testamencie Kard. Karol Wojtyła i tak pozostało do końca.

 

Gdy jechaliśmy do Kalwarii, z daleka wyglądał widoku klasztoru i patrzył na kaplice dróżkowe z okna samochodu. Chłonął ten widok. Znał wszystkie sprawy Sanktuarium, był na bieżąco ze wszystkim, co się tam dzieje. Nawet, gdy już nie mógł uczestniczyć w uroczystościach, jakie odbywają się w Kalwarii, pielgrzymował tam duchowo, obejmując modlitwą pielgrzymów, którzy tam przybywają. O tej bliskości świadczą również pamiątki-wota, które ofiarował Matce Bożej w duchu wdzięczności i zawierzenia. Dzięki nim na zawsze jego cząstka pozostanie na Kalwarii.

 

KAI: Było mu tu z wami, przy Sanktuarium św. Brata Alberta, w Chatce, po prostu dobrze. To było widać. Choćby po tym, że się w ostatnich latach życia zaokrąglił...

 

– Jadał skromnie. Dawne wyniki badań były tak słabe, że właściwie fakt, iż mógł pracować, zawdzięczał sile własnej woli i świętości. Innego wytłumaczenia nie ma. Był wątłym człowiekiem. A jednak udało się go wzmocnić fizycznie, w dużej mierze dzięki temu, że była między nami naprawdę bliska relacja.

 

Kochałam Eminencję jak ojca i wiedziałam, że on mnie darzy ojcowską miłością. Gdy odchodził, zrozumiałam, że tracę człowieka najbliższego mi na świecie. Nie mam nikogo bliższego niż on. Często mówiłam Ks. Kardynałowi, że nie spodziewam się już w życiu niczego piękniejszego niż tego, że mogę mu służyć. To była dla mnie ogromna łaska.

 

KAI: W ostatnich latach życia cierpienia go nie oszczędzały....

 

– Pewnego razu słyszałam jak głośno się modlił. To był taki przejmujący akt ofiarowania swoich cierpień. Bardzo przeżyłam to, co usłyszałam. A przecież wtedy miał jeszcze przed sobą kilka lat życia we względnie dobrym stanie. Nie było w tej modlitwie cienia zastrzeżeń, próśb, żeby Pan Bóg go oszczędził. Był przygotowany na wszystko, co Pan Bóg mu da i w tym cierpieniu schował wszystkich. W swoim bólu zawierzał świat Bożemu Miłosierdziu. Jakby chciał swoim cierpieniem przybliżyć wszystkich do Pana Jezusa.

 

Nigdy się nie skarżył. Nigdy nie usłyszałam od niego, żeby go coś bolało. On sam starał się pokonywać swoje ograniczenia: codziennie spacerował, jeździł na rowerze stacjonarnym, nawet gdy go to dużo kosztowało. Mógł się przecież poddać, z braku sił, a jednak podejmował wysiłki. Kochał krzyż. Adorował Jezusa cierpiącego w obrazie Ecce Homo.

 

Pamiętam, gdy w naszym Sanktuarium była peregrynacja obrazu Jezusa Miłosiernego. Powiedział wtedy, że gdyby nie Ecce Homo, nie byłoby Łagiewnik. Miał ogromne nabożeństwo do cierpiącego Jezusa i stąd też jego wrażliwość na ludzi biednych i cierpiących. Dostrzegał oblicze udręczonego Jezusa w drugim człowieku. Patrzył na człowieka przez krzyż. W ostatnich miesiącach widziałam, jak uciekają mu siły. Widziałam, że słabnie, ale gdy pytałam, jak się czuje, słyszałam: „Lepiej niż na to zasługuję!”.

 

KAI: Jak Siostra mówi, w takich momentach cierpień szczególnie uwidaczniało się nabożeństwo Kardynała do Miłosierdzia Bożego. Jak ono się przejawiało w jego codzienności?

 

– Trudno to ująć i opisać, bo on cały był ogarnięty Miłosierdziem. To nie jest tylko kwestia kolejnych pobożnych praktyk, gestów miłości miłosiernej względem drugiego człowieka. Doświadczenie Bożego Miłosierdzia było w centrum jego serca i promieniowało na wszystko, co robił, przenikając jego modlitwę, rozważania, kontakty z ludźmi, decyzje, które podejmował i posługę, jaką pełnił. Tajemnica Bożego Miłosierdzia to najgłębsza istota, sedno życia Kard. Franciszka.

 

KAI: Pusto jest bez Księdza Kardynała...

 

– W sensie fizycznym pustka jest ogromna. Brakuje go bardzo. Za jego życia Chatka była zawsze oświetlona. Przez tyle lat ten dom tętnił życiem. Dziś mogę powiedzieć, że mam Przyjaciela w niebie, bo modlę się przez jego wstawiennictwo i wiem, że on mnie stamtąd wspiera. Znam skuteczność jego modlitwy, więc w spokoju powierzam mu wszystkie moje sprawy. On jest wciąż ze mną.

 

KAI: Co się w Siostrze zmieniło?

 

– Na wiele spraw patrzę jego oczyma. Rozmawialiśmy o wielu ważnych sprawach, to mnie nauczyło spojrzenia na świat z jego perspektywy. Dzięki odniesieniu codziennych spraw do wieczności nauczyłam się pewnego dystansu. Jestem wielką szczęściarą.

 

 

 

 

 

Ks. Prałat Dr Franciszek Ślusarczyk:

chrześcijaństwo i miłosierdzie idą razem

20 kwietnia 2017 r.

 

KAI: „Nic nie jest człowiekowi tak potrzebne jak Miłosierdzie Boże” – mówił św. Jan Paweł II w Łagiewnikach w 1997 roku. Od tego czasu słowa te nie tracą na aktualności, co więcej – zdaje się, że dziś, w niespokojnych czasach, nabierają szczególnej mocy. Jakim znakiem dla podzielonego, skonfliktowanego i pogrążonego w lęku przed terrorem świata są krakowskie Łagiewniki?

 

Ks. prałat Franciszek Ślusarczyk: Myślę, że trzeba dopowiedzieć, że Ojciec Święty mówiąc o tej tajemnicy przed 20 laty ukazał istotny sens miłosierdzia wyjaśniając, iż jest to „miłość łaskawa, współczująca, wynosząca człowieka ponad jego słabość ku nieskończonym wyżynom świętości Boga”. Z jednej strony ludzka słabość, bezradność oraz poczucie lęku, z drugiej zaś - potęga Bożej miłości, która daje człowiekowi nadzieję, pomaga z ufnością patrzeć ku przyszłości. Wyjątkowym dopełnieniem tego przesłania było orędzie wygłoszone podczas kanonizacji Siostry Faustyny na przełomie tysiącleci oraz dwa lata później ostatnia pielgrzymka Jana Pawła II do Polski. Papież ukazał nam wówczas Boże Miłosierdzie jako niezawodne źródło nadziei, ale dodał, że jest konieczne, „aby ludzkość, podobnie jak niegdyś apostołowie, przyjęła dziś w wieczerniku dziejów Chrystusa zmartwychwstałego, który pokazuje rany po ukrzyżowaniu i powtarza: Pokój wam! Trzeba, aby ludzkość pozwoliła się ogarnąć i przeniknąć Duchowi Świętemu, którego daje jej zmartwychwstały Chrystus. To Duch leczy rany serca, obala mury odgradzające nas od Boga i od siebie nawzajem, pozwala znów cieszyć się miłością Ojca i zarazem braterską jednością”. To jest przesłanie ponadczasowe, do którego musimy wciąż dorastać.

 

KAI: Można jednak odnieść wrażenie, że im bardziej świat potrzebuje miłosierdzia Boga, tym bardziej stara się o Nim zapominać. W jaki sposób realizować wezwanie „Idźcie i głoście Miłosierdzie Boże” w społeczeństwach i środowiskach, które się od Boga odwracają?

 

 - Podobnie jak w reformie szkolnictwa potrzebne jest szukanie nowych sposobów dotarcia do młodego pokolenia z bogactwem wiedzy, tak w wymiarze religijnym konieczne jest również poszukiwanie nowych dróg docierania nie tylko do umysłów, lecz nade wszystko do serc i sumień, które tak często są poranione słabością, grzechem, prowadzącym do bezsensu oraz negowania wszystkiego, czego nie można w sposób empiryczny udowodnić. Stąd już podczas I Pielgrzymki Jana Pawła II do Polski pojawiło się w Mogile stwierdzenie o potrzebie „nowej ewangelizacji”. Wówczas wydawało się to jakby na wyrost, a dziś widzimy już jasno, że było to spojrzenie proroka, który patrzył o wiele dalej, bo uważnie wsłuchiwał się w bóle oraz dramaty różnych narodów, w tym również własnego narodu, dla którego pragnął szczęśliwej i trwałej przyszłości; przyszłości budowanej na sprawdzonym od tysiąca lat fundamencie ewangelicznej prawdy i miłości. Treść Dobrej Nowiny pozostaje wciąż ta sama, ale potrzebny jest nowy zapał apostolski oraz umiejętność korzystania z tych narzędzi komunikacji, którymi dysponuje współczesny świat.

 

 KAI: Dwudziestolecie sanktuarium w nowym kształcie przypomina nam także o tym, że to miejsce trzech papieży. Jan Paweł II, Benedykt XVI, Franciszek – co wnieśli, każdy z nich, w długofalowej perspektywie, swoim stylem posługi, osobowością i przesłaniem w życie Łagiewnik?

 

 - Pielgrzymki trzech papieży do krakowskich Łagiewnik to niezwykłe trzy odsłony tej samej tajemnicy. Kluczem do zrozumienia pontyfikatu Jana Pawła II jest Boże Miłosierdzie – jak mówił jego następca na stolicy św. Piotra. Boża Opatrzność związała Karola Wojtyłę z tą tajemnicą od najmłodszych lat. Podczas wojny oraz niemieckiej okupacji szukał tu nadziei nie tylko dla siebie, lecz również dla zniewolonego narodu. Kiedy rozpoznał w sercu głos powołania kapłańskiego, poznał bliżej postać i posłannictwo Siostry Faustyny, miał świadomość, że tego bogactwa nie może zatrzymać tylko dla siebie. Jako papież napisał encyklikę o Bożym Miłosierdziu Dives in misericordia, dokonał beatyfikacji, a później kanonizacji Faustyny Kowalskiej oraz całej rzeszy ludzi o miłosiernych sercach, również tych, którzy dojrzewali na polskiej ziemi, jak choćby: królowa Jadwiga, brat Albert Chmielowski, Rafał Kalinowski, Maksymilian Kolbe, Aniela Salawa, czy podczas ostatniej pielgrzymki: ks. Jan Balicki, s. Sancja Szymkowiak, o. Jan Beyzym i abp Zygmunt Szczęsny Feliński. Dokonując w Łagiewnikach konsekracji nowej świątyni Jan Paweł II zawierzył cały świat Bożemu Miłosierdziu, prosząc swoich rodaków, by stawali się wiarygodnymi apostołami Jezusa Miłosiernego.

 

Kierunek tego świadectwa ukazał w krótki, lecz niezwykle cenny sposób Benedykt XVI, który w 2006 roku w tej samej świątyni spotkał się z chorymi mówiąc do nich m.in.: „Wy, drodzy chorzy, naznaczeni cierpieniem ciała i ducha, jesteście najbardziej zjednoczeni z krzyżem Chrystusa, a równocześnie jesteście najbardziej wymownymi świadkami miłosierdzia Bożego. Dzięki wam, przez wasze cierpienie On z miłością pochyla się nad ludzkością. To wy, mówiąc w zaciszu serca: „Jezu, ufam Tobie”, uczycie nas, że nie ma innej głębszej wiary, innej, żywszej nadziei, innej gorętszej miłości od tej, jaką żywi człowiek, który w nieszczęściu zawierza siebie pewnym dłoniom Boga”. Dodał też niezwykle cenne przesłanie dla tych, którzy się nimi opiekują na co dzień: „A ręce ludzi, którzy wam pomagają w imię miłosierdzia, niech będą przedłużeniem tych Bożych dłoni”.

 

I trzeci wymiar miłosierdzia przekazał nam w minionym roku papież Franciszek, który po przejściu Bramy Miłosierdzia zasiadł w Bazylice jako jeden ze spowiedników do konfesjonału, by posłużyć młodym ludziom w ich bardzo osobistym spotkaniu z Jezusem Miłosiernym. Tym ojcowskim gestem przypomniał nam wszystkim, gdzie należy szukać prawdziwej wolności serca oraz nadziei, która może je uszczęśliwić.

 

 KAI: Miłosierdzie było centralnym przesłaniem Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, a więc i Łagiewniki stały się najważniejszym i najchętniej odwiedzanym miejscem przez młodych ludzi. Młodzi będą tu wracać? Co Księdza najbardziej uderzyło w świadectwach i postawie tych młodych ludzi, którzy wypełnili Łagiewniki w czasie lipcowych Dni?

 

 - Tak, ale było to miłosierdzie wymagające! Już samo przesłanie: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” jest wezwaniem do trudu kształtowania swego umysłu, woli i serca w duchu miłosierdzia, a więc w duchu prawdy, przebaczenia, wzajemnej miłości. Pielgrzymka Miłosierdzia od sanktuarium św. Jana Pawła II na Białych Morzach do Bramy Miłosierdzia przy bazylice Bożego Miłosierdzia była dla młodych czasem osobistej refleksji, wyciszenia, rozmodlenia, a nade wszystko otwarcia na to, co pragnie przekazać Jezus Miłosierny, który tak bardzo uważnie, z miłością spogląda nie tylko w oczy, ale i w serce człowieka. Dlatego papież Franciszek zachęcał: „Drodzy młodzi, Jezus Miłosierny, przedstawiony w wizerunku, czczonym przez lud Boży w Jemu poświęconym sanktuarium w Krakowie, czeka na was. On wam ufa i na was liczy! Ma tak wiele do powiedzenia każdemu i każdej z was”. Uderzała atmosfera niezwykłej życzliwości, chęci pomocy, radości, odważnego dzielenia się wiarą z innymi.

 

Spośród wielu świadectw poruszyło mnie najbardziej wyznanie jednego z policjantów, który w ubraniu cywilnym czuwał nas porządkiem wokół sanktuarium. W przedostatnim dniu trwania ŚDM w Krakowie poprosił kolegę, aby go na chwilę zastąpił, ponieważ chce iść zakupić kilka różańców i pamiątek religijnych. Kiedy zobaczył wielkie zdziwienie na twarzy i pytanie: „Po co ci różańce, skoro jesteś człowiekiem niepraktykującym?”, powiedział wprost: „Po tym, co przeżyłem przez te kilka dni patrząc na tych młodych ludzi, którzy wędrowali z taką wiarą i radością do tego sanktuarium, nie jestem takim samym człowiekiem. Oni mi pokazali, czym jest skarb wiary!”.

 

 KAI: Nie wiem, czy to się zgadza z obserwacjami w Sanktuarium, ale potocznie uważa się, że pielgrzymi przybywający do Łagiewnik, czciciele Bożego Miłosierdzia, to przede wszystkim ludzie w średnim i starszym wieku. Czy po ŚDM Łagiewniki odmłodniały?

 

 - Tak się składa, że co roku jedną z pierwszych pielgrzymek przed Niedzielą Miłosierdzia jest Pielgrzymka Przedszkolaków, które przybywają z „Promyczkami Dobra”, by wyrazić swoją wdzięczność i radość wobec Jezusa Miłosiernego. Piękną tradycją poprzez niemal cały maj i czerwiec są pielgrzymki dzieci pierwszokomunijnych, które przybywają ze swoimi rodzicami, katechetami oraz wychowawcami, by podziękować za możliwość pełnego uczestnictwa we Mszy świętej i przyjęcia Jezusa do swojego serca. Niektóre szkoły obrały sobie to miejsce na uroczystą inaugurację lub zakończenie roku szkolnego. W auli Jana Pawła II odbywają się liczne spotkania, konkursy, występy, w których uczestniczy również młode pokolenie uczniów Jezusa, kształtując w sobie „wyobraźnię miłosierdzia”.

 

KAI: W jakim sensie Boże Miłosierdzie może stać się atrakcyjną propozycją dla młodego człowieka? Na jakie jego lęki i potrzeby odpowiada?

 

 - Tu warto wspomnieć o comiesięcznych spotkaniach „Dla nas i całego świata”, które zaczęły się jeszcze przed ŚDM. W tym roku zaproszeni wybitni rekolekcjoniści z Polski i świata dzielą się swoimi doświadczeniami wiary w oparciu o dary Ducha Świętego. To On – Duch Prawdy i Miłości jest dla młodego człowieka najlepszą gwarancją, że z Jego pomocą może przezwyciężyć te lęki, które wynikają z poczucia bezradności, osamotnienia, braku akceptacji w rodzinie czy w grupie rówieśników, czy wprost z atakami szatana, który uderza w najsłabszy punkt i zwykle w najmniej spodziewanym momencie. Jedynie Boże Miłosierdzie może w pełni zaspokoić najgłębsze pragnienia i tęsknoty ludzkiego serca, a więc pragnienie szczerej, wiernej miłości, pokoju, radości, a zarazem wskazać drogę do prawdziwego szczęścia.

 

 KAI: Z jakimi intencjami najczęściej przybywają do Łagiewnik pielgrzymi dzisiaj?

 

 - Jak zwykle na pierwszy plan wysuwają się intencje błagalne o zdrowie, szczęśliwy przebieg operacji, pomyślne zdanie egzaminów, trafne rozpoznanie swego powołania, ale coraz częściej pojawiają się również intencje dziękczynne: za odzyskany skarb wiary, za ocalenie z wypadku, za szczęśliwe urodzenie dziecka, za dar ojcostwa i macierzyństwa. Dla mnie bardzo wymowne są powtarzające się, choć nietypowe intencje: o świętość, pokorę, dary Ducha Świętego, a także o nawrócenie grzeszników całego świata i za konających, za dusze w czyśćcu cierpiące i o pokój na świecie. Świadczą one o dużej dojrzałości duchowej osób, które myślą nie tylko o sobie, lecz noszą w sercu radości i troski całego świata.

 

 KAI: Rok Miłosierdzia miał być dla Kościoła czasem pogłębienia tajemnicy Bożego Miłosierdzia i w miejscu, które jest światowym centrum jego kultu, powinno być to szczególnie odczuwalne i widoczne. Może Ksiądz potwierdzić, że rzeczywiście tak jest? Co o tym świadczy?

 

 - Przede wszystkim kolejki do konfesjonałów, gdzie codziennie trwa dyżur, od rana do wieczora, by wierni mogli – jak mówił św. Jan Paweł II – stanąć przed Bogiem w Duchu i prawdzie. Spełniają się jego prorocze słowa, które wypowiedział podczas konsekracji: „Będą przychodzić tu z ufnością, jaka towarzyszy każdemu, kto z pokorą otwiera swe serce na działanie miłosiernej miłości Boga - tej miłości, której największy grzech nie zdoła przezwyciężyć. Tu w ogniu Bożej miłości ludzkie serca pałać będą pragnieniem nawrócenia, a każdy, kto szuka nadziei, znajdzie ukojenie”. Drugim miejscem jest kaplica Wieczystej Adoracji, do której wierni przybywają o różnych porach dnia i nocy, aby w ciszy serca stanąć przed Bogiem i w sposób najbardziej osobisty porozmawiać z Panem Jezusem o swoim życiu, codziennej pracy, przeżywanych dramatach czy podzielić się radościami życia małżeńskiego, rodzinnego. Nad monstrancją płonie Ogień Miłosierdzia, zapalony i pobłogosławiony przez Jana Pawła II w prywatnej kaplicy na Watykanie i przywieziony do Łagiewnik, aby zapalał serca pielgrzymów ogniem miłości i wdzięczności względem Boga oraz ogniem wzajemnej miłości, zdolnej do czynów miłosierdzia wobec bliźnich.

 

 

 

KAI: Czy w związku z tym Rok św. Brata Alberta stanowi jakieś dopełnienie bądź przedłużenie Roku Miłosierdzia?

 

 - Bardzo szczęśliwie się złożyło, że przeżywamy teraz czas, któremu patronuje św. Brat Albert Chmielowski – Brat naszego Boga. Przez niego Bóg przypomniał nam ważne przesłanie, że chrześcijaństwo i miłosierdzie idą razem. Mówił o tym przed 50 laty kard. Karol Wojtyła, ukazując jego piękną postać i bogactwo ducha. On wiedział, że św. Brat Albert przynosi odpowiedź na ludzkie biedy, że jest potrzebny polskiej ziemi, bo „przecież to jest ten człowiek, który tak bardzo zbliżył się do Bożego majestatu, że musiał runąć na kolana, a kiedy podniósł wzrok, ażeby zobaczyć przed kim klęczy, to wówczas dostrzegł, że klęczy przed Chrystusem w tym najnędzniejszym, najbardziej wydziedziczonym moralnie i społecznie człowieku”. To właśnie papież podkreślał, że ta „wielka sprawa naszych dni” to właśnie miłosierdzie i chrześcijaństwo, i że nie da się tego oddzielić, bo bez miłosierdzia nie ma chrześcijaństwa. Nie dziwi nas zatem przesłanie, jakie otrzymała Siostra Faustyna pytając Pana Jezusa właśnie o to, jak ma pełnić miłosierdzie względem bliźnich. Powiedział jej wprost: „Podaję ci trzy sposoby czynienia miłosierdzia bliźnim: pierwszy – czyn, drugi – słowo, trzeci – modlitwa; w tych trzech stopniach zawiera się pełnia miłosierdzia i jest niezbitym dowodem miłości ku mnie”. (Dz. 742). Do takiej postawy musimy stopniowo dorastać – jak Brat Albert i Siostra Faustyna – w blasku Bożego Miłosierdzia.

 

 KAI: Na czym polega misja Sanktuarium dziś i jakie wyzwania stoją przed gospodarzami tego miejsca?

 

 - Ta misja jest stale aktualna. Sprecyzował ją św. Jan Paweł II już przed 15 laty, kiedy mówił do nas: „Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia. W miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście!” i powierzył to zadanie Kościołowi w Polsce i Krakowie. Jest to zadanie bardzo wymagające. Poprzez modlitwę, głoszenie orędzia o Bożym Miłosierdziu, posługę duszpasterską, stworzenie przestrzeni refleksji dla różnych grup i wspólnot staramy się budować Dom, w którym jest miejsce dla każdego, kto ma choćby odrobinę dobrej woli, aby w to wspólne dzieło się włączyć. Apostolat Miłosierdzia działa poprzez Poradnię Miłosierdzia, wolontariat, Dzieło Duchowej Adopcji, Nieustanną Koronkę za Cierpiących i Konających, światową krucjatę w obronie dzieci nienarodzonych, grupę rodziców po utracie dziecka, Stowarzyszenie Faustinum. Naszym pragnieniem jest także stworzenie prężnej grupy modlitewnej, która będzie żywym płomieniem serc trwających przy Jezusie, choćby tę ewangeliczną „jedną godzinę” w kaplicy Wieczystej Adoracji. Jeśli każde dobre dzieło będzie zanurzone w tym oceanie Bożej Miłości, to chrześcijaństwo i miłosierdzie pójdą razem, przynosząc tak bardzo upragnione owoce prawdziwego pokoju, wzajemnej miłości, umiłowania Bożej prawdy i szacunku dla każdego człowieka.

 

 Rozmawiała Magdalena Dobrzyniak

 

 

 

 

 

 MYŚLAŁAM, ŻE JESTEM „SUPERKATOLICZKĄ”

Mocno się modliłam w intencji swego męża. Nie spodziewałam się, że ogrom tych łask i obietnic spłynie na mnie. Przecież ja byłam w porządku – to on potrzebował uzdrowienia.

 

Jestem mężatką, mam 36 lat, troje dzieci (14, 15, i 16 lat), własny dom, piękny ogród i samochód. Można by rzec – nic więcej do szczęścia nie trzeba. Jednak nadszedł krytyczny moment w moim życiu, choć nic na to nie wskazywało…

Wróg przyszedł niespodziewanie i bardzo podstępnie. Otóż zauważyłam, że mąż zaczął coraz częściej wracać z pracy pod wpływem alkoholu (zdarzyło się, że w ciągu trzech miesięcy nawet codziennie) i że sięgał po niego w ciągu dnia – tak bez okazji. W mojej głowie – co, myślę, było już wielkim darem Bożej opieki – zapaliło się światełko ostrzegawcze, tym bardziej że nie przynosiły skutku moje prośby, groźby ani tłumaczenie. Zareagowałam więc natychmiast i poprosiłam męża, aby pojechał ze mną na rekolekcje do Przemyśla, nie mówiąc mu dokładnie, czego mają one dotyczyć.

I tutaj nastąpił najważniejszy zwrot i moment – ale w moim życiu. Szczerze mówiąc, gdy patrzę na to wszystko, co nastąpiło później, z perspektywy 25 lat, widzę, że był to czas przeznaczony i dokładnie zaplanowany przez Pana Boga dla mnie. W ciągu tych trzydniowych rekolekcji gorąco i żarliwie modliłam się o uzdrowienie oraz o opamiętanie się mojego męża, myśląc sobie w duchu, jaką to dobrą i mądrą jestem żoną. Byłam pełna podziwu dla swojego sprytu i pomysłowości – mówiłam Panu Bogu, by zajął się moim mężem, a sama w myślach planowałam spotkanie z koleżankami na jakiejś imprezie, bo był to okres Świąt Wielkanocnych…

W trzecim dniu rekolekcji usłyszałam, że jest nam dany szczególny czas, gdyż w tym właśnie dniu przypada niedziela Bożego Miłosierdzia, o której św. siostra Faustyna w swoim Dzienniczku pisze: „W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski; niech się nie lęka zbliżyć do Mnie żadna dusza, chociażby grzechy jej były jako szkarłat. Miłosierdzie moje jest tak wielkie, że przez całą wieczność nie zgłębi go żaden umysł…” (Dz. 699).

Zostałam więc w tzw. Kaplicy Cudów i mocno modliłam się w intencji swego męża. Nie spodziewałam się absolutnie tego, że ogrom tych łask i obietnic spłynie na mnie. Ja przecież byłam w porządku – to on potrzebował uzdrowienia. „Chodziłam” do kościoła, uczestniczyłam wraz z dziećmi w nabożeństwach różańcowych, majowych, w drodze krzyżowej, gorzkich żalach; syn służy do Mszy, dziewczyny śpiewają w scholi. Jezu, zobacz, jaka jestem super!

Ale Jezus chyba był innego zdania, bo kiedy na koniec rekolekcji kapłan zapytał o ich owoce, mnie coraz wyraźniej i głośniej Duch Święty podsuwał słowa: „zacznij od siebie!”, „widzisz drzazgę w oku brata, usuń wpierw belkę ze swojego!”.

Naprawdę stoczyłam wtedy ze sobą ogromną walkę; myślałam, że to jakaś pomyłka, ale słowa te były zbyt rzeczywiste. Nie miałam sobie nic do zarzucenia, co z biegiem czasu i prowadzenia mnie przez Pana Boga miało okazać się wielkim kłamstwem i obłudą. Jak już pisałam, po wielkim zmaganiu się ze sobą podpisałam Krucjatę wyzwolenia człowieka (czyli zdecydowałam się na całkowitą abstynencję od alkoholu na 1 rok) w intencji męża, gdyż w tych rekolekcjach dużo mówiło się na jej temat. W związku z trybem życia, jaki lubiłam (i co powodowało, że byłam nazywana często duszą towarzystwa), był to dla mnie nie lada wyczyn, automatycznie skreślający mnie z listy osób, które zapraszali moi znajomi.

Wracając do domu, czułam, że nie jestem tym samym człowiekiem. W tę niedzielę Bożego Miłosierdzia stał się dla mnie cud: moje serce zaczęło żyć naprawdę. Jezus okazał się jak zwykle prawdomówny i wierny swoim słowom, bo zabrał mi „serce z kamienia, a dał mi serce z ciała”, „otworzył mi oczy i uszy”, poczułam niesamowity pokój, lekkość i radość.

Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że po powrocie do domu wszystko zaczęło się całkowicie zmieniać i do niczego nie musiałam się zmuszać. Otrzymałam od Jezusa Miłosiernego piękny dar i ogromny potencjał Jego łaski, który wzbudzał we mnie te wszystkie nowe i nieznane dotąd pragnienia. Zaczęłam z wielkim zapałem „szukać Boga”; przeczytałam wiele książek, ponieważ stwierdziłam, że jako „superkatoliczka” nic nie wiem na temat swojej wiary – o Bogu, o tym, co się dzieje podczas sprawowania Eucharystii. Zakupiłam też (bo dotychczas nie mieliśmy w domu) oraz z wielkim zapałem zaczęłam czytać, rozważać i zgłębiać Pismo św. Stanęłam w prawdzie i nie mogłam nadziwić się miłości, dobroci oraz nieskończonemu miłosierdziu Boga, jakie okazał względem mnie. Zobaczyłam, w jakim kłamstwie i ubóstwie duchowym żyłam do tej pory.

Dziś już nie „chodzę do kościoła”, lecz z radością biegnę na spotkanie żywego Pana, który umarł za mnie, i w Eucharystii czerpię właśnie od Niego siłę i moc do pokonywania codziennych trudów i problemów oraz walki ze swoimi wadami i słabościami. Dziś wiem, że Jego krew oczyszcza mnie i uzdalnia do wszelkiego dobra.

Nie muszę chyba nadmieniać, z jaką reakcją to moje „cudowne odmienienie” spotkało się wśród moich bliskich krewnych i koleżanek. Większość z nich stwierdziła, że kompletnie mi odbiło – a ja temu się wcale nie dziwiłam, gdyż z osoby lubiącej towarzystwo, imprezy, tańce oraz głośną muzykę stałam się osobą, która potrafiła w tym momencie z wielkim zapałem mówić tylko o Bogu i o tym, co On dla mnie zrobił. Nic więc dziwnego, że nasz dom, dotychczas pełen gwaru, w szybkim tempie dziwnie opustoszał, ucichł i zamienił się w miejsce, gdzie wiele niepotrzebnych czynności, tj. telewizja (seriale), głośna muzyka, czcze rozmowy (obgadywanie) zastąpiła cisza, modlitwa, lektura książek i Pisma św. Był to dla mnie najpiękniejszy, wspaniały i błogosławiony czas.

W następstwie tego wszystkiego, jakby jeszcze było mało, miłosierny Jezus uwolnił mnie od nałogu palenia papierosów, od używania wulgaryzmów (gdyż „nie może z jednego źródła wypływać woda słodka i gorzka, usta nie mogą jednocześnie błogosławić i przeklinać”). Podjęłam też decyzję o niepiciu alkoholu do końca życia – co przynosi wspaniałe owoce wśród moich najbliższych, gdyż wiele już osób ofiarowało swoją abstynencję po to, aby ratować tych, którzy nie radzą sobie z nałogiem alkoholizmu.

O niezgłębionym miłosierdziu Boga staram się mówić tym wszystkim, którzy mają problemy, są załamani różnymi przejściami, chorobami. W cudowny sposób Jezus pomaga im wszystkim i już wiele razy doświadczyliśmy w naszej rodzinie prawdziwych cudów (wyjście z chorób nowotworowych, cudowne ocalenie z ciężkiej próby samobójczej, przemiana życia). W październiku 2010 r. minął rok, odkąd mój mąż już nie pije – on również podpisał Krucjatę wyzwolenia człowieka. W tym miesiącu urodzi się też nasze czwarte dziecko. Czy to jeszcze mało?

Dziś potrafię dziękować Bogu za to wszystko, co mnie spotkało – a były momenty, kiedy dom nasz był pełen kłótni, krzyków, przekleństw i przemocy. Dziś mogę powiedzieć, że to „dzięki” mojemu mężowi oraz jego problemowi zwróciłam się o pomoc do Boga. Nie poszłam za duchem i propozycjami „tego świata”, który proponuje szybkie i łatwe rozwiązania, typu rozwód – i po problemie. Nie zawiodłam się. Walka była ciężka, ale warto było, tym bardziej że prowadził mnie sam Mistrz i Nauczyciel – miłosierny Jezus.

Od 2,5 roku z całą rodziną o godzinie 15 klękamy, aby błagać o miłosierdzie Boże dla nas, naszych bliskich oraz dla całego świata, modląc się koronką do Bożego Miłosierdzia. Budzę się każdego ranka, mówiąc „Jezu, ufam Tobie”. Dziś cieszy mnie każdy kolejny dzień, dostrzegam piękno otaczającego mnie świata, przyrody i wiem, że to wszystko jest darem. Jezus Miłosierny „stworzył  mnie na nowo”, ożywił mnie i tchnął w moje serce Ducha Świętego, który prowadzi mnie, pomaga mi żyć w prawdzie i w świetle słowa Bożego, które gorąco pragnę przyjąć i stosować każdego dnia w relacjach z bliskimi, w pracy, z sąsiadami, mężem i dziećmi. Nie jest to łatwa droga, bo często trzeba zaprzeć się samego siebie, ale przecież „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”.

Wiele chciałoby jeszcze mówić serce, bo moja wdzięczność nie zna granic. Jedyne, co mogę obiecać Jezusowi, to słowa powtórzone za św. siostrą Faustyną, że „o niepojętym miłosierdziu Bożym będę śpiewać na wieki przed wszystkim ludem”, prosząc jednocześnie o łaskę gorliwości, odwagi, by „iść pod prąd”, o łaskę wytrwania i ogromnego kochania.

Edyta z Podkarpacia

Na podst. Miłujcie się. Grudzień 2016 r.